środa, 1 lutego 2017

Chodziłam po lawie i zajrzałam w oko krateru.


Zdobywcy szczytu: Andrzej, Gosia, Krzysiu, Ania, ja, Julita i Gabrysia która robi zdjęcie.
Jakiś czas temu zajrzałam w oko krateru z najwyższego szczytu na Etnie - najwyższym czynnym wulkanie w Europie, który znajduje się na Sycylii. Wraz z 6 najbardziej hardcorowymi uczestnikami wyprawy grupy wspinaczkowej założonej przez człowieka legendę Andrzeja Kaczmarka - zdobyliśmy Szczyt Etny 3339 m n. p. m. Poszliśmy jak w dym, siwy dym pełen trującego siarkowodoru.


Idziemy jak w dym.

Wyprawa na Etnę była dla mnie najbardziej ekstremalną wyprawą w moim całym (nie powiem że spokojnym)  życiu. Mówiąc szczerze to nie spodziewałam się, że kiedykolwiek przeżyję taką przygodę. Zgadnijcie jakie książki uwielbiam czytać od dzieciństwa?... Oczywiście, że przygodowe właśnie, no i o tej wyprawie taką książkę napisać byłoby można. Mojej 5-o letniej córce, która pytała mnie jak było na Etnie powiedziałam, że czułam się jakbym uczestniczyła w zimowej wyprawie z książki, którą wałkujemy codziennie przed snem - "Bolek i Lolek Dookoła Świata". A wszystko to dzięki Andrzejowi, inicjatorowi i głównemu organizatorowi wyprawy. Nigdy w życiu nie spotkałam tak odważnego człowieka, a przygody o których on opowiada są tak niesamowite, że nadają się wręcz na film. Przygodowy oczywiście.

Z mamą na Etnie.
Chcecie wiedzieć jak jest na Etnie zimą? Przede wszystkim jest baaaardzo zimno. Kalesony, modnie ostatnio nazywane odzieżą termiczną - niezbędne. Czuje się respekt, bo gdzieś z tyłu głowy czai się myśl, że Etna jest przecież czynna, że może zechcieć się przebudzić...Chodzi się trudno, po śniegu, lodzie lub zastygłej lawie. Po drodze mija się mniejsze i większe kratery i wydobywający się z nich dym, a chmury ogląda się patrząc w dół. Tlenu jest jakby mało, szczególnie na szczycie, gdzie śmierdzący zgniłym jajem siwy dym szczypie w oczy i dusi (to trujący siarkowodór) Wszystko to sprawia wrażenie jakby się było na księżycu...

Przygody

Z Andrzejem - wyruszamy przed 5 rano.
Rano, wschód słońca, jeszcze widać miasto.

Pies liczy czy nikt się nie zgubił ;) a my jemy batony Wellness.


Idziemy po lawie.

Tu ja idę sobie po lawie.
Wyruszyliśmy ze schroniska przed 5 rano, po ciemku, z latarkami na czołach. Na samym początku wyprawy dołączyły do nas 2 psy, które weszły z nami na sam szczyt (nie weszły tylko w ten siwy dym mądrale) i zeszły z nami aż do schroniska. Pomimo, że Andrzej, nasz przewodnik, tłumaczył już w hostelu na dole, że podczas wyprawy nie było żadnego niebezpiecznego momentu, to były takie chwile, gdy bałam się o innych członków grupy, a później nawet o siebie.
Krater i chmury widziane z góry.


Tu gdzieś po drodze, Ania, Gosia, Andrzej, ja i moja mama Lena.
Grzejemy tyłki na lawie, a razem z nami psy.
Pierwszy taki moment był, gdy wspinaliśmy się po stromej ścianie zastygłej lawy i małe kamienie spadały na ludzi, którzy byli na dole. Byłam wtedy bardzo zmęczona. Szliśmy już parę ładnych godzin. Pomyślałam sobie jak muszą się czuć osoby, które są w gorszej kondycji ode mnie, skoro ja mając kondycję atletki ledwo idę... W tym momencie wyrazy wielkiego uznania kieruję do mojej mamy, Leny Skrodzkiej, która biorąc pod uwagę jej kondycję, musiała dać z siebie po prostu wszystko. Gratuluję wszystkim 6 uczestnikom, że doszli do momentu w którym się rozdzieliliśmy. Podzieliliśmy się na dwie grupy, bo po kilku godzinach wędrówki część ludzi uznała, że rezygnuje ze zdobycia najwyższego szczytu, że już grzali tyłki na lawie i to im wystarczy, że nie mają już siły, nie chcą wracać po ciemku i wracają do schroniska. W sumie szli około 13 godzin... Uważam, że te osoby dały z siebie wszystko i zdobyły Etnę. Pragnę gorąco podziękować Markowi i Tomkowi, którzy cały czas szli na końcu i asekurowali najsłabszych w grupie, a w momencie podziału ekipy zrezygnowali ze zdobycia szczytu i sprowadzili połowę ludzi do schroniska.
Tutaj się bałam.
Tu już się wspięliśmy na stromą ścianę lawy.



Gratulacje dla mamy - pokonała samą siebie!
Kolejny ciężki moment- bardzo wiało i padał śnieg.


Tu się rozdzieliliśmy.
Ja byłam w tej drugiej grupie.  W drodze powrotnej się zgubiliśmy. Było ciemno, szliśmy już kilkanaście godzin! Niektórzy z nas łącznie ze mną zaczęli się bać. Wydaje mi się, że jedyną osobą, która nie bała się ani razu był Andrzej. Ja  osobiście miałam 2 momenty gdy bałam się o swoje życie. Pierwszy był, gdy już wracaliśmy, po ciemku, zgubieni i maksymalnie zmęczeni. Szliśmy już kilkanaście godzin i był taki moment, że Andrzej pokazał po lewej stronie, że jest krater i wiedziałam że po drodze jest lód bo wszyscy przede mną się na nim przewracali. Wyobraziłam sobie wtedy jak się przewracam i zjeżdżam prosto do tego krateru... Przewróciłam się ze śmiercią w oczach, ale nie zjechałam do krateru. Drugi moment był taki jak zobaczyłam na skale krzyż a Andrzej poszedł sprawdzić teren i powiedział, że przed nami jest przepaść... wtedy też się bałam. To by było na tyle mrożących krew w żyłach momentów - żeby nikogo za bardzo nie wystraszyć...



Widok na drugi krater z naszego krateru.
Jak już się znaleźliśmy, bo widzieliśmy, że idziemy w kierunku cywilizacji i jakiejś drogi, to zauważyliśmy szereg domków (na zdjęciu) i każdy z nas uważał, że to na pewno nie jest nasze schronisko,  bo nasze schronisko to był długi, duży budynek. Ogromne było nasze zdziwienie gdy jak dotarliśmy na miejsce okazało się że to jednak jest nasze schronisko tylko nikt nie zwrócił uwagi, że za naszym schroniskiem są też domki... W każdym razie nasza radość była przeogromna, że już koniec wyprawy. Była godzina 20.00 Szliśmy 15 godzin..Co prawda nocować tego dnia mieliśmy w Hostelu w Katanii na dole, kilkanaście kilometrów stamtąd i trzeba było się tam jeszcze jakoś dostać, ale w schronisku można było przynajmniej odpocząć i coś zjeść.


To są te domki, o których wszyscy twierdzili, że to nie jest nasze schronisko - zakładam, że zdjęcie to zrobił ktoś z pierwszej ekipy jeszcze w dzień.

Przemyślenia


Każdy z nas jechał na Etnę z jakimiś oczekiwaniami i priorytetami. Ja wiedziałam, że chcę zdobyć szczyt. Byłam pewna, że go zdobędę i zdobyłam. Wyczytałam gdzieś wcześniej takie przemyślenia, że jak człowiek dokonuje nieziemskiego wysiłku to dzieją się cuda. W związku z tym, że mi cuda są potrzebne to ja pojechałam na Etnę po cud. I cud się stał. Nawet nie jeden.
Andrzej, ja i Krzysiu na szczycie Etny.

Pierwszy cud jest taki, że przeżyliśmy. Wszyscy. Bez żadnego uszczerbku na życiu i zdrowiu, a mogła nas przecież zalać gorąca lawa :) Uwierzcie mi, że od tej pory dużo bardziej cieszę się życiem.
Na szczycie, po lewej krater, pieski nadal z nami.

Drugi cud to taki, że zrozumiałam, że jak sobie postanowię co chcę zdobyć, to to na pewno zdobędę. Jak sobie postanowię, że zdobędę szczyt w moim życiu i nastawię się na ciężką pracę, to na pewno zdobędę wszystko co będę chciała. Wiem też, że potrzebuję silnej grupy wsparcia bo nie zdobędę szczytu sama. Kolejną ważną sprawą jest dobre przygotowanie przed zdobyciem szczytu.

Oko krateru widziane ze szczytu Etny.

Pomyślałam sobie też, że czasem nie zdobywamy celu za wszelką cenę, jeśli ważniejsze są dla nas inne  priorytety i to też jest nasz sukces. Gdy wiemy co jest dla nas w życiu najważniejsze i tego się trzymamy.

Dziękuję Maćkowi, że zainspirował mnie do stworzenia mojego nowego motta - pragnę zdobywać mądrość. Do tej pory moim mottem były słowa Annie Dillard:  "Jeśli słuchalibyśmy naszego rozumu, nigdy byśmy się nie zakochali. Nigdy nie przeżylibyśmy przyjaźni. Nigdy nie rozpoczęlibyśmy biznesu, bo bylibyśmy zbyt cyniczni. Ale to nonsens. Za każdym razem trzeba skakać w przepaść i budować skrzydła po drodze." No i ... nadal jest aktualne oczywiście :) przy czym mądrość zdobyć też pragnę. Sprzeczne? Tak, życie jest pełne sprzeczności.

Dziękuję Gabrysi, za słowa których nigdy nie zapomnę: że to ja jestem dyrektorem w moim życiu i nie dam się nikomu zastraszyć.

Dziękuję wszystkim uczestnikom wyprawy, bo to wy sprawiliście, że była tak wyjątkowa.

Moje marzenie, żeby chodzić po lawie i spojrzeć w oko krateru - odhaczone. Polecam wszystkim spełniać marzenia, nawet te które wydają się nierealne i do których potrzebny jest cud.

9 komentarzy :

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Faktycznie jak czytałam to się bałam i wyobrażałam siebie jak spadam do krateru. Zdjęcia mega.Super takie przeżycie . Zazdroszczę :) ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. było naprawde super, sama dziwie sie ze cos takiego przezylam :)

      Usuń
  3. Natalio Ty się dziwisz a co ja mam powiedzieć......jestem prze szczęśliwa że mogłam tam być z Wami . Piękny opis i fotki GRATULACJE !!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Bogusia, a ja jestem szczesliwa, że mogłam Cię poznać, bo zarażasz optymizmem, już samo przebywanie w twoim towarzystwie poprawia humor i można się ogrzać przy Twoim cieple :*

    OdpowiedzUsuń